Pracuję w tej firmie od czterech miesięcy. Od początku świetnie dogadywałam się z każdą osobą, znaliśmy się kilka dni, a już gadaliśmy na luzie i żartowaliśmy jakbyśmy się znali parę lat. W całym tym zespole jednak najsłabszy vibe załapałam z jedną dziewczyną, nazwijmy ją Sylwia. Nie powiem, że jej nie lubiłam, nie powiem też, że zachowywała się nie w porządku w stosunku do mnie, bo to nieprawda. Ale była taką osobą, która trzymała dystans, tj. nie odzywała się do mnie wcale, chyba że w sprawach służbowych, a komunikując się służbowo zawsze miała poker face, spojrzenie pozbawione jakiejkolwiek emocji, tak samo ton głosu był taki "płaski", "bez emocji", czasem potrafiła mnie mijać nawet na mnie nie patrząc, żadnego "cześć", na przerwie siadała gdzieś daleko jakby się chowała przed całym światem. Uznałam na początku, że być może jest introwertykiem, tym bardziej, że gdy miała przerwy z kimś innym, też tak "uciekała", ale jednak były osoby, z którymi rozmawiała normalnie, wprawdzie nie jakoś wylewnie i dużo, ale luźno, uśmiechając się przy tym lekko (unosząc kącik ust do góry). Olałam temat, przecież nie każdy musi mnie lubić.
Wszystko się nagle zmieniło z dnia na dzień jak na pstryknięcie palcami po dwóch miesiącach mojej pracy w tym miejscu. Któregoś dnia przyszłam na przerwę, Sylwia akurat była w szatni, podpytała o coś energicznie, wymiana dwóch zdań, a wychodząc uśmiechnęła się szeroko i tak życzliwie, serdecznie. Pierwszy raz ją wtedy taką widziałam, widać też było, że tego nie udaje. Całkowicie inny wyraz twarzy niż ten, który obserwowałam poprzednie dwa miesiące, odwzajemniłam oczywiście uśmiech. Od tamtej pory zaczęła częściej zagadywać. Potrafiła powitać "starym stylem", a wraz z biegiem dnia właśnie przejść do "nowej odsłony", zupełnie zmienił się sposób, w jaki do mnie mówi, patrzy, zrobiła się tak samo rozmowna jak przy innych. Ale zauważyłam też, że gdy jesteśmy same w szatni akurat i ja się przebieram, jej wzrok wędruje po moim ciele, a gdy zauważała, że spojrzałam na nią i to zobaczyłam, momentalnie odwracała wzrok. Potrafiła wpatrywać się w moje ręce, gdy wycierałam kubek po kawie, rozpakowywałam coś. No i lubiła patrzeć na mnie, gdy ściągałam koszulkę i myślała, że nie widzę. Tak było przez miesiąc. W tym miesiącu nasza relacja zawodowa weszła na jeszcze wyższy poziom (nic nader szalonego, ale duży progres, biorąc pod uwagę jak wyglądał początek). Oprócz tego, że nadal mnie obserwuje przy przebieraniu się i/lub różnych czynnościach, zaczęła się wyraźnie uśmiechać na mój widok, gdy mijałyśmy się, kiedy ja dopiero co przyszłam, a ona już była na miejscu. Jej się to z nikim nie zdarza do takiego stopnia z tego, co zauważyłam. Gdy mnie widzi, widać po niej tak jakby się cieszyła, że mnie widzi, twarz się momentalnie rozpromienia, a głos jest taki ciepły, gdy się ze mną wita. Nie jestem nią zauroczona, więc to nie jest tak, że ja to dopisuję sobie w głowie, ja porównuję to, co było, z tym, co jest teraz, z pozycji zaciekawionego obserwatora rozwoju wydarzeń i tak właśnie to wygląda. Kolejne zaskoczenie - okazało się, że potrafi być gadułą, zaczęła naprawdę dużo mówić, wspominać też o swojej rodzinie, planach na urlop, dyskutowałyśmy na różne tematy. Nigdy nie słyszałam, żeby tyle gadała
Tu pytanie do Was - jak Wy byście to zinterpretowały? Nie wiem, czy to istotne, ale nikomu w pracy nie mówiłam o swojej orientacji, toteż nikt nie wie, jakie mam preferencje (uprawiam od lat sporty walki i chodzę na siłownię, noszę się na sportowo lub w stylu casual, nie maluję się, ale poza tym nie wpasowuję się w stereotypowy obraz lesbijki, jaki ludzie często mają w głowie), a poza tym Sylwia ma partnera życiowego płci męskiej. Co Wy byście pomyślały o tej sytuacji, patrząc na całokształt?
